czwartek, 10 października 2013

Szczęście w nieszczęściu?

Ten tytuł chyba idealnie pasuje do tego co przytrafiło mi się w drodze do Walii... Czasami zdarza się, że po przebudzeniu macie przeczucie żeby nigdzie nie wybierać się w podróż. Od razu mogę Wam doradzić, posłuchajcie tego przeczucia - inaczej skończycie jak ja albo jeszcze ciekawiej! Nie będę przedłużać. 
Jak niektórzy wiedzą swoje wakacje spędziłam w Bordeaux, stąd też leciałam na wyspy - nie dałabym rady przemieszczać się z ogromnym bagażem po całej Francji. Lot do Liverpool według planu startował o 16 z minutami. Po wylądowaniu i przesunięciu wskazówki do tyłu dawało mi dwie godzinki na przedostanie się do centrum miasta i wskoczenie do ostatniego pociągu kierującego się na koniec świata, czyli do Aberystwyth. Taki był plan, a plany lubią czasami się zmieniać! 

Siedząc już grzecznie w samolocie z łezką w oku zabierałam się za czytanie. Minuty zaczęły mijać, a my nie wystartowaliśmy. Po pół godzinie lekkiego zdziwienia, pilot poinformował, że samolot nie może wystartować z powodu niewielkiej usterki. Czekaliśmy na fachowca, który miał naprawić to coś niegroźnego... A ja powoli zaczęłam panikować. Bo to już była godzina kiedy samolot nie był w powietrzu. Nie wiem co mnie naszło, ale wstałam, poszłam do stewardessy i spokojnie zapytałam czy mogę wysiąść z samolotu. Wytłumaczyłam sytuacje, no nie znam nikogo w Liverpool, z kasą w portfelu też krucho, a w Bordeaux mogłam przesiedzieć te dwa dni i polecieć w innym terminie. Dziewczyna zawołała pilota, żeby porozmawiał ze mną. Wysłuchał mnie, uspokoił, że jeśli wylądujemy jako tako, to może znajdzie mi inny środek transportu na dworzec. Jakoś zaczęłam powątpiewać nawet w ten środek transportu, na zegarku zbliżało się prawie półtorej godziny... Do tego miałam bagaż, czyli musieliby wszystko wyciągać, żebym mogła odszukać swoją walizkę... Moją rozmowę usłyszało kilka osób siedzących obok i za mną. Pytali gdzie chcę się dostać i na kiedy... I tak poznałam Margaret i Sergio - starsze małżeństwo mieszkające w północnej Walii... 

Bezinteresownie zaproponowali mi pomoc. Chcieli mnie zabrać do siebie, przenocować i następnego dnia zapakować do pociągu bądź busa. Zgodziłam się, przecież innego wyjścia nie miałam, chyba, że nocować na lotnisku...Samolot wylądował o 19h, dziesięć minut później miałam pociąg - może helikopterem dałabym radę się dostać na czas. 

Colwyn Bay, maleńka miejscowość na samej północy Walii. Tam dostałam schronienie i jedzonko, umierałam z głodu!!! Stres przed podróżą nie pozwolił mi cokolwiek przełknąć wcześniej... Podczas rozmowy z mamcią, nie wytrzymałam nerwowo, wszystko puściło i ryczałam jak bóbr. 
Po kolacji przysiedliśmy razem i pomogli mi znaleźć trasę przedostania się do Aber, wybraliśmy tańszą opcję, busy walijskie! Moja podróż miała trwać około 4 godzin z dwiema przesiadkami.
     
"Miała trwać"ponieważ i tu miałam kilka przygód. Sergio zabrał mnie do miasteczka obok, skąd startował pierwszy bus. Llandudno Junction - nawet nie starałam się tego wymawiać! Mój pierwszy przystanek w Blaenau Ffestiniog (jeszcze bardziej zakręcona nazwa), dawał mi 5 minut na zmianę busa. W tym pierwszym jednak poinformowano mnie, że nie zdążę na niego... Kierowca gnał jak szalony żeby nadrobić czas, dla mnie! Oczywiście nie udało się i bus, który chciałam złapać właśnie znikał na zakręcie - widziałam jak odjeżdża. Miodzio. Po sprawdzeniu planu, załamałam się - następny za godzinę... No nic muszę czekać, wiedziałam, że i tak do Aber nie zajadę tak jak planowałam. 

Po godzince, spokojnie przygotowując się psychicznie do kolejnego etapu podróży, w autobusie powiedzieli mi, w którym miejscu powinnam wysiąść, aby załapać się na bezpośrednie połączenie na koniec świata. W momencie, kiedy autobus się zatrzymał, a ja wysiadłam, zaczęłam się śmiać w głos. Dosłownie. Oakeley Arms, zastanawiam się czy to miejscowość jakaś czy po prostu miejsce, gdzie znajduje się piękny hotel, przystanek autobusowy i budka telefoniczna... Usiadłam na ławeczce, a przede mną miałam niesamowity widok... Wzgórza, najprawdopodobniej byłam już gdzieś blisko Snowdonii, piękny górski region; oraz coś za czym najbardziej tęskniłam - OWCE... Ah, nie wspomniałam, że kiedy ujrzałam godzinę mojego ostatniego busa, mój śmiech chyba zainteresował całe stadko tych stworzeń. Czas oczekiwania wynosił 3 godziny. No zwariowałam... Wygrzebałam funta z kieszeni i wykonałam jeden mega krótki telefon do mamci... No śmiałyśmy się jak szalone. 

Z tego miejsca ruszały jakieś inne busy... I tak pomyślałam sobie, że złapie połączenie do miejscowości znajdujące się też na trasie do Aber, i tak z każdym kilometrem będę bliżej końca... Mój banan z gęby nie znikał, kiedy bus zatrzymał się i otworzyły się drzwi, zobaczyłam kierowcę z pierwszej podróży, ten, który starał się nadgonić czas... :D Śmiechu warte! Powiedziałam mu, że wsiadam, ponieważ chcę być coraz bliżej Aber.  Trafiłam do Dolgellau. Tam już mi się bardziej podobało, centrum miasta, ludzie, sklepiki - CYWILIZACJA. Mogłam sobie chociaż pooglądać, i tak musiałam czekać kolejne dwie godzinki. 

Trafiłam do Aberystwyth kilka minut przed 17h. Strach mnie znowu złapał, bo nie wiedziałam, do której mogę odebrać klucze do swojego pokoju... Ale udało się! Wtoczyłam swoje walizki pod górę i z wielką ulgą otworzyłam drzwi... 

Oto moja trasa w skrócie:

Bordeaux-Liverpool-Colwyn Bay-Llandudno Junction-Blaenau Flestiniog-Oakeley Arms-Dolgellau-Aberyswyth. 

Podróż jak nigdy :) Najzabawniejsze było to, że wzbudziłam ogromne zainteresowanie lokalnych ludzi, wszyscy chcieli pomóc biednej studentce z Aber! I do tego poznałam niesamowitych ludzi, którym bardzo chcę się odwdzięczyć... Nie wyobrażam sobie, co zrobiłabym gdyby nie oni... Żadna logiczna myśl nie przychodzi mi do głowy. Planuję im wykrzyżykować ten obrazek: motywy przynoszące szczęście zaprojektowany przez V. Enginger. Najprawdopodobniej rok zamienię na słówko bardziej pasujące do sytuacji, zamierzam napisać "Dziękuję". Bo to szczęście w nieszczęściu spotkać takich ludzi. 

Przepraszam za tak długi post, ale pomyślałam, że warto podzielić się moją historią z Wami, a dodatkowo nie zapomnę tego, bo szczegóły będą tutaj opisane. 
Czy Wam przytrafiły się ciekawe przygody podczas podróży?  
   
      

9 komentarzy:

  1. Nie przepraszaj! Czytałam z zapartym tchem! Jestem dla ciebie pełna podziwu, że sobie poradziłaś, zapewne świetnie znasz angielski. Jak widać nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, okazało się, że w potrzebie można liczyć na ludzi. Obrazkiem na pewno będą zachwyceni. Pozdrawiam!:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. He, he, właśnie doczytałam, gdzie mieszkasz i co studiowałaś, to jak masz nie znać języków.:))

      Usuń
  2. Kurcze płakałam i śmiałam się razem z Tobą. Ja bym chyba posiusiała się ze strachu....
    Ale teraz masz co wspominać i wnukom opowiadać...

    OdpowiedzUsuń
  3. No i zostały Ci piekne wspomnienia i cenne znajomości :) Nie wiem czy to było aż takie nieszczęście ale na pewno niema tego złego co by na dobre nie wyszło :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Na całe szczęście dotarłaś cała i zdrowa na miejsce, pomysł na prezencik super a wspomnienia bezcenne :)

    OdpowiedzUsuń
  5. To będzie wspaniały prezent. Warto go podarować, warto doceniać ludzi i mówić dziękuję. Miałaś w sumie piękną przygodę:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesamowita historia ;o) Wspaniale że poznałaś tylu miłych ludzi ;o) Oj pozwiedzałaś świata przy okazji ;oP

    OdpowiedzUsuń
  7. Prawdziwa przygoda. Dobrze się czyta ale nie zazdroszczę. Dobrze, że wszystko dobrze się skończyło.

    OdpowiedzUsuń
  8. Fajna przygoda ;)
    A czy nadal poszukujesz wzorku/a neo-craftu(pisałam na celtic faires) dziewczynki w beczułce dżemu jagodowego?co jej skrzydełka wystają tylko???? jak cosik daj znać na moim blogasku, ja dziergałam nie tak dawno tą istotkę to podeślę linka ;)

    OdpowiedzUsuń