poniedziałek, 28 października 2013

Le tableau de la chance - V. Enginger ~2~

Chyba nie mam weny dzisiaj, dużo pisać nie będę. Pokazuję więc Wam drugi kawałek mojego hafciku na szczęście. Koniczynka :) 


  



Dziękuję za przemiłe komentarze mulinkowe! Tak ich dużo! Mam już hafcik na oku, który mam nadzieję prędko zacząć i wtedy przetestuję moje cuda!! Buziaki dla Was! 

poniedziałek, 21 października 2013

Zamulinkowana!

Zabierzcie ode mnie ebaya, bardzo Was proszę! Nie będę dużo pisać... Tydzień temu udało mi się wygrać aukcje... I dzisiaj przyszła do mnie piękna paczuszka! 200 kolorków za około 70 złotych ! Mulinka nieznanej marki, chyba taką też można kupić w Polsce sprowadzaną z Chin, nazywa się pnd nie wiem? W każdym bądź razie, karteczki z numerkami na moich kolorkach odpowiadają mulinom z DMC. I skaczę sobie z radochy! 







Motki maja po 6 metrów, w dotyku nitki są mięciutkie i mają ładny połysk. 
















I dla porównania dorwałam motek DMC, lekko kolorystyka się różni. Dla mnie jednak nie ma to większego znaczenia ponieważ zazwyczaj sama dobieram kolory do moich hafcików. A teraz mam ogromny zapas, na rok może dwa!! :D





Kochane! Bardzo Wam dziękuję za przemiłe komentarze! Wciągnęło mnie do reszty przez ten len i obrazek. Zgadzam się ze wszystkimi sama przyjemność haftowania na lnie. Nie ma się czego bać! Z resztą, to nie jest mój pierwszy kontakt z taką tkaniną, Paryżanki i kilka obrazków udało mi się wyhaftować na lnie, ale chyba polskiego pochodzenia, ten Zweigart to jest bajka! :D 

Marta Myszkusia! Dziękuję baaardzo za Borówkę, chciałam się tylko zapytać jakich kolorków używałaś (numerki)? Nie chciałabym zrobić wróżki zbyt różowej, białej bądź kremowej...   

Lecę przekładać motek po motku, żeby nacieszyć się każdym kolorkiem. Nie mogę się już doczekać aż spróbuję tego Kota w worku!

wtorek, 15 października 2013

Le tableau de la chance - V. Enginger ~1~

A pochwalę się i pokażę Wam pierwszą część prezentu na szczęście! Oczywiście przed pokazem zdjęć, krótka historyjka. Po wyborze wzorku przychodzi zawsze moment zbierania materiałów. Mulinki mam, część kolorów dobrałam, zamieniłam - pomogła mi w tym moja prawie skończona karta DMC. Brakowało mi tylko materiału! Musiał być ten naj naj, z legendy wyczytałam, że potrzebny mi len w kolorze beżowym firmy Zweigart. Ebay poszedł w ruch i udało mi się zamówić odpowiednią tkaninę. Miałam niemały dylemat, ponieważ nie było beżu beżu, jakoś nie ogarniałam tych barw, wybór padł na kolor Biscuit.



Od razu zakochałam się w krzyżykowaniu na takim lnie. Szkoda, że cenowo nie jest to najtańsza baza pod krzyżyki. Musiałam od razu spróbować i tyle miałam po pierwszej próbie! 


Po czym nie mogłam się oderwać (do tej pory nie mogę)  i w jeden i pół dzionka udało mi się wyszyć pierwszy z motywów przynoszących szczęście. 


  



Dziękuję za super komentarze pod moją historyjką! :) Jesteście kochane! Wieczorne buziaki!

czwartek, 10 października 2013

Szczęście w nieszczęściu?

Ten tytuł chyba idealnie pasuje do tego co przytrafiło mi się w drodze do Walii... Czasami zdarza się, że po przebudzeniu macie przeczucie żeby nigdzie nie wybierać się w podróż. Od razu mogę Wam doradzić, posłuchajcie tego przeczucia - inaczej skończycie jak ja albo jeszcze ciekawiej! Nie będę przedłużać. 
Jak niektórzy wiedzą swoje wakacje spędziłam w Bordeaux, stąd też leciałam na wyspy - nie dałabym rady przemieszczać się z ogromnym bagażem po całej Francji. Lot do Liverpool według planu startował o 16 z minutami. Po wylądowaniu i przesunięciu wskazówki do tyłu dawało mi dwie godzinki na przedostanie się do centrum miasta i wskoczenie do ostatniego pociągu kierującego się na koniec świata, czyli do Aberystwyth. Taki był plan, a plany lubią czasami się zmieniać! 

Siedząc już grzecznie w samolocie z łezką w oku zabierałam się za czytanie. Minuty zaczęły mijać, a my nie wystartowaliśmy. Po pół godzinie lekkiego zdziwienia, pilot poinformował, że samolot nie może wystartować z powodu niewielkiej usterki. Czekaliśmy na fachowca, który miał naprawić to coś niegroźnego... A ja powoli zaczęłam panikować. Bo to już była godzina kiedy samolot nie był w powietrzu. Nie wiem co mnie naszło, ale wstałam, poszłam do stewardessy i spokojnie zapytałam czy mogę wysiąść z samolotu. Wytłumaczyłam sytuacje, no nie znam nikogo w Liverpool, z kasą w portfelu też krucho, a w Bordeaux mogłam przesiedzieć te dwa dni i polecieć w innym terminie. Dziewczyna zawołała pilota, żeby porozmawiał ze mną. Wysłuchał mnie, uspokoił, że jeśli wylądujemy jako tako, to może znajdzie mi inny środek transportu na dworzec. Jakoś zaczęłam powątpiewać nawet w ten środek transportu, na zegarku zbliżało się prawie półtorej godziny... Do tego miałam bagaż, czyli musieliby wszystko wyciągać, żebym mogła odszukać swoją walizkę... Moją rozmowę usłyszało kilka osób siedzących obok i za mną. Pytali gdzie chcę się dostać i na kiedy... I tak poznałam Margaret i Sergio - starsze małżeństwo mieszkające w północnej Walii... 

Bezinteresownie zaproponowali mi pomoc. Chcieli mnie zabrać do siebie, przenocować i następnego dnia zapakować do pociągu bądź busa. Zgodziłam się, przecież innego wyjścia nie miałam, chyba, że nocować na lotnisku...Samolot wylądował o 19h, dziesięć minut później miałam pociąg - może helikopterem dałabym radę się dostać na czas. 

Colwyn Bay, maleńka miejscowość na samej północy Walii. Tam dostałam schronienie i jedzonko, umierałam z głodu!!! Stres przed podróżą nie pozwolił mi cokolwiek przełknąć wcześniej... Podczas rozmowy z mamcią, nie wytrzymałam nerwowo, wszystko puściło i ryczałam jak bóbr. 
Po kolacji przysiedliśmy razem i pomogli mi znaleźć trasę przedostania się do Aber, wybraliśmy tańszą opcję, busy walijskie! Moja podróż miała trwać około 4 godzin z dwiema przesiadkami.
     
"Miała trwać"ponieważ i tu miałam kilka przygód. Sergio zabrał mnie do miasteczka obok, skąd startował pierwszy bus. Llandudno Junction - nawet nie starałam się tego wymawiać! Mój pierwszy przystanek w Blaenau Ffestiniog (jeszcze bardziej zakręcona nazwa), dawał mi 5 minut na zmianę busa. W tym pierwszym jednak poinformowano mnie, że nie zdążę na niego... Kierowca gnał jak szalony żeby nadrobić czas, dla mnie! Oczywiście nie udało się i bus, który chciałam złapać właśnie znikał na zakręcie - widziałam jak odjeżdża. Miodzio. Po sprawdzeniu planu, załamałam się - następny za godzinę... No nic muszę czekać, wiedziałam, że i tak do Aber nie zajadę tak jak planowałam. 

Po godzince, spokojnie przygotowując się psychicznie do kolejnego etapu podróży, w autobusie powiedzieli mi, w którym miejscu powinnam wysiąść, aby załapać się na bezpośrednie połączenie na koniec świata. W momencie, kiedy autobus się zatrzymał, a ja wysiadłam, zaczęłam się śmiać w głos. Dosłownie. Oakeley Arms, zastanawiam się czy to miejscowość jakaś czy po prostu miejsce, gdzie znajduje się piękny hotel, przystanek autobusowy i budka telefoniczna... Usiadłam na ławeczce, a przede mną miałam niesamowity widok... Wzgórza, najprawdopodobniej byłam już gdzieś blisko Snowdonii, piękny górski region; oraz coś za czym najbardziej tęskniłam - OWCE... Ah, nie wspomniałam, że kiedy ujrzałam godzinę mojego ostatniego busa, mój śmiech chyba zainteresował całe stadko tych stworzeń. Czas oczekiwania wynosił 3 godziny. No zwariowałam... Wygrzebałam funta z kieszeni i wykonałam jeden mega krótki telefon do mamci... No śmiałyśmy się jak szalone. 

Z tego miejsca ruszały jakieś inne busy... I tak pomyślałam sobie, że złapie połączenie do miejscowości znajdujące się też na trasie do Aber, i tak z każdym kilometrem będę bliżej końca... Mój banan z gęby nie znikał, kiedy bus zatrzymał się i otworzyły się drzwi, zobaczyłam kierowcę z pierwszej podróży, ten, który starał się nadgonić czas... :D Śmiechu warte! Powiedziałam mu, że wsiadam, ponieważ chcę być coraz bliżej Aber.  Trafiłam do Dolgellau. Tam już mi się bardziej podobało, centrum miasta, ludzie, sklepiki - CYWILIZACJA. Mogłam sobie chociaż pooglądać, i tak musiałam czekać kolejne dwie godzinki. 

Trafiłam do Aberystwyth kilka minut przed 17h. Strach mnie znowu złapał, bo nie wiedziałam, do której mogę odebrać klucze do swojego pokoju... Ale udało się! Wtoczyłam swoje walizki pod górę i z wielką ulgą otworzyłam drzwi... 

Oto moja trasa w skrócie:

Bordeaux-Liverpool-Colwyn Bay-Llandudno Junction-Blaenau Flestiniog-Oakeley Arms-Dolgellau-Aberyswyth. 

Podróż jak nigdy :) Najzabawniejsze było to, że wzbudziłam ogromne zainteresowanie lokalnych ludzi, wszyscy chcieli pomóc biednej studentce z Aber! I do tego poznałam niesamowitych ludzi, którym bardzo chcę się odwdzięczyć... Nie wyobrażam sobie, co zrobiłabym gdyby nie oni... Żadna logiczna myśl nie przychodzi mi do głowy. Planuję im wykrzyżykować ten obrazek: motywy przynoszące szczęście zaprojektowany przez V. Enginger. Najprawdopodobniej rok zamienię na słówko bardziej pasujące do sytuacji, zamierzam napisać "Dziękuję". Bo to szczęście w nieszczęściu spotkać takich ludzi. 

Przepraszam za tak długi post, ale pomyślałam, że warto podzielić się moją historią z Wami, a dodatkowo nie zapomnę tego, bo szczegóły będą tutaj opisane. 
Czy Wam przytrafiły się ciekawe przygody podczas podróży?  
   
      

niedziela, 6 października 2013

Literki ~3~

Muszę Wam przyznać, że jesteście bardzo cierpliwe :) Trochę mam lenia blogowego.... Ale chcę się z Wami podzielić kolejną i ostatnią porcją literek z kosmosu! Krótka anegdotka, zdradzę Wam dla kogo wyszywałam literki. We Wrocławiu poznałam niesamowitą osóbkę, Ela z bloga W kąciku przy maszynie. Podczas naszego nieustającego paplania, Ela opowiedziała mi o swojej akcji dla chorych dzieciaczków,  Marzycielska poczta, która wywołuje uśmiech poprzez karki i listy. I tak mnie naszło na literki :) 
Miałam jeden problem, chciałam zrobić niespodziankę Eli i bez słowa wysłać paczuszkę, jednak moja blondynkowa rozczochrana nie pomyślała, że podczas spotkania trzeba poprosić o adres. I tak wyglądała nasza fejsikowa konwersacja:

Ja: Hej Elu! :) Mam do Ciebie romans. 
Ela: Czesc, pisz. 
Ja: Chcem baldzo Twój adres :) 
Ela: haha a ja tak czułam ale bałam się spytać LITERKI?????? 

Koniec gadania! Czas na literki.


\
\



Zjadłam literkę Y. Chyba pomyślałam, że literki będą pełnić funkcje raczej jako inicjały, niż jako pełne imiona naszyte na coś - podusie, czy może worek na buty, cokolwiek! Więc z niej zrezygnowałam, no chyba, że jakiś dzieciak ma na imię Yeti :D Nawet teraz jakoś mam dziurę w głowie, żeby wyszukać Y w imionach.... Blondynka, mówię Wam!   










Zaglądnijcie na stronkę podaną wyżej, bądź na bloga Eli. Ta kobitka robi cuda dla maluchów i wywołuje mnóstwo uśmiechu. Może dzięki tym literkom też uda mi się sprawić radość. Buziaki dla Was.

Chranna, - ja w krzyżykach nadal jestem początkująca :D Każdy wzór daje mi w kość, a już nie wspomnę o materiale do wyszywania - jestem kompletnie zielona pomimo, że kilka osób już mi próbowało łopatą wbić rozmiary kanw itp. No, nie wchodzi!
Ah i chyba macie rację, że jesień mnie dopadła zwłaszcza, że wróciłam do Aberystwyth. Ale powód dla którego nie pisałam tak długo był bardziej banalny, pracowałam przez ostatnie dwa miesiące i fizycznie padałam! :) Obiecuję się poprawić!Zwłaszcza, że w planach drugi alfabet, karta kolorów i coś jeszcze! :) I mam ochotę też opowiedzieć Wam historię z ostatniego tygodnia, czyli z mojej podróży!